To wspinanie w górę, to chyba jednak sporej mocy wymagało. Może nie maksymalnej, ale pewnie dość blisko.
W Polsce może i pionier, w USA już codzienność.
No ale to koszt jednorazowy.
Na pewno nie wszyscy. Ale fabryka co - zamykała się na zimę? Trzymała samochody ogrzewanej hali, póki się nie ociepli? Czy wysyłała bez wody w chłodnicy, a dealer dolewał po sprzedaży?
Tzn zimy w czasie dnia? Tez pamiętam. Czy odstawianie samochodu pod plandekę, a do pracy tramwajem/autobusem?
J.
Didn't find your answer? Ask the community — no account required.
J
Jarosław Sokołowski
Pan J.F napisał:
Może zrobili drugi o zimowej obsłudze? Już wspomniałem, że używanie samochodu o tej porze roku nie zawsze było rzeczą oczywistą. Sto lat temu z okładem większość samochodów to były kabriolety. Jeśli nawet dało się założyć im daszek, to i tak szyb z boku nie było. Jakieś ogrzewanie? O tym nikt nie myślał. Do naszych czasów zmieniło się to diametralnie, ale zmiany były powolne. Od Syreny czy Warszawy nie wymagano, by w każdej porze roku działały tak samo, i by zawsze wystarczała ta sama "codzienna obsługa".
J
Jarosław Sokołowski
Pan Paweł Pawłowicz napisał:
Do kategorii "silniki modelarskie" zaliczyłbym też V8 z amerykańskich samochodów z lat sześćdziesiątych. 5-6 litrów pojemności, około 200 koni, typowa praca w granicach 2000 rpm. Niezniszczalne. Przerabiano je na silniki do bicia rekordów prędkości na Słonym Jeziorze. Jakieś
15 minut żywotności, obroty "typu 22000 na minutę". Dla koni to by trzeba było niezły kawałek prerii przeznaczyć, żeby je tam wszystkie zmieścić.
J
Jarosław Sokołowski
Pan J.F napisał:
W rejsowych wspinanie się na przelotową (czyli w zasadzie maksymalną) jest normalnym etapem lotu. Robi sie to jak najszybciej, bo tak wychodzi z rachunku ekonomicznego (paliwo). Rejsowe nie mają dopalaczy.
W USA bycie pionierem zawsze było stałym elementem codzienności. Oni nawet swoje pionierskie drogi budowali jak już mieli samochody. Dlatego Ford T wygląda jak wygląda, taki błotowóz.
Przy koniu to dopiero jest robota. Zaprząc do bryczki, wyprząc, owsa zadać, wyczesać, by nie wyglądał jak fleja. Jeszcze gnój ze stajni. A to tak niedawno było. Czymże jest przy tym jakieś niewinne spuszczanie wody?
Jakoś nie wierzę w całkowitą szczelność wynalazku pana Heńka. Ale nawet jak na jednorazowy wydatek to jest ogromna suma.
Na mojej ulicy nawet nie wszyscy trzej. Bo mniej więcej tyle było pojazdów. Ale jednak zimą jeździło się znacznie mniej. Ja dzisiaj tendencje mam odwrotne.
Nadganiali plan roczny. Albo pięcioletni.
Wcześniej jakoś tak, że dolewał. Niekoniecznie dealer, w Warszawie samochód odbierało się wprost z fabryki. Fiat już miał to borygo nalane. Może nawet dlatego zaczęli je produkować, kranik do spustu nie był tak łatwo dostępny jak w Warszawach.
Pamiętam dylematy "spuścić, czy nie spuścić". Kiedyś do ojca przyjechał znajomy. Wizyta się przeciągnęła, a w telewizji Wicherek straszył czymś niedobrym ze wschodu. Trzeba było spuścić, a potem była akcja z zalewaniem.
Może warto też uświadomić, że koszt paliwa mógł wynosić prawie tyle, co cena biletu miesięcznego. Więc nie wszyscy tak ochoczo samochodem do pracy. Nawet gdy ciepło.
J
J.F
No i te wersje, gdzie kabina pasażerów była zamknięta, ale siedzenie kierowcy nie. No cóż - powozy też nie miały ogrzewania,
Warszawy to były też karetki, milicyjne radiowozy, auta służbowe dyrektorów, taksówki - więc raczej wymagano aby jeździły zawsze. A na zachodzie to pewnie jeszcze wcześniej nastąpiło.
Ale oczywiscie kierowca to był fachowiec, i mógł spuszczać wodę w miarę potrzeby ... albo skorzystać z lepszego płynu. Czy wydac $7 na Prestone.
J.
J
J.F
O ile pamietam, to silniki modelarskie mają dośc wysokie obroty. Efekt raczej rozmiaru. Ale pisałeś o dolewaniu w samochodach. Szybsze spalanie pewnie pozwoli na większe obroty ... o ile np dolot powietrza się wyrobi, i wydech ..
O ile wiem, to w dieslach spalanie jest stosunkowo wolne, i to ogranicza i zmniejsza im obroty.
No chyba, że tak :-)
A nie było silników na 100% NM ? (plus olej oczywiscie)
J.
J
Jarosław Sokołowski
Pan J.F napisał:
W Ił-62 "Mikołaj Kopernik" zaszkodziła bardzo mocno.
Tyko się wydaje, że od dawna. Tak sobie teraz wspominam Gomułkę i Syrenę 101, jak nabywca Forda T wojnę secesyjną. Ta sama odległość w czasie. Jak kiedyś przeglądałem księgi wieczyste z europejskich miast, to miejsce na poziomie ulicy, w którym teraz jest na przykład sklep z perłami, opisane zostało w księdze jako "stajnia".
W tej Warszawie z filmu kazali sprawdzać codzienne. I trzeba było dolewać. W Fordzie nie inaczej.
Nie chodzi o to, że "nie stać". To drogie było. I nie zawsze potrzebne.
Oleje starczały na krótko. Opony też. Paliwo było dość tanie (pierwszy kryzys paliwowy z lat 70 nawet pamiętam, przed nim baryłka ropy była po 1,50 $).
Meteorolodzy podają, że w Detroit średnio 44 dni w roku temperatura bywa ujemna. Ale nie tak znowu bardzo ujemna. Da się wytrzymać.
To "w Warszawie" należy rozumieć bardzo szeroko. Ludzie z Torunia też mogli tu mieć najbliżej.
Instrukcji nie mam, ale pamiętam, że Fiat zaprojektował również smarowanie smarem w punktach smarowniczych. Raz na kwartał. Rzecz dzisiaj niepojęta. A Fiata mieliśmy jeszcze w zasadzie włoskiego, w FSO był tylko składany do kupy z dostarczonego kitu DIY. Włosi dali też cztery puszki smaru: na wiosnę, na lato, na jesień i na zimę. Każdy inny. Normalnie "Le quattro stagioni", maestro Vivaldi!
O, właśnie! Jeszcze trzeba było deszczówki nałapać. Kuń jest mniej wybredny, można go poić ze studni.
Raczej nie, spuszczał na parkingu. Wtedy często widać było zamarznięte kałuże pod samochodami. Ale tego dnia musiał spuszczać dwa razy.
Rozsądny człowiek. Ci co narzekali, zwykle źle kończyli.
Prawie dobrze. Dycha pod koniec dekady, zarobki trochę wyższe. Za Gomułki chyba 6,50 za litr, a trójka wypłaty to już było dużo.
J
Jarosław Sokołowski
Pan J.F napisał:
Kibitki jadące na Sybir miały kozę i komin. Z jakichś płócien olejnych to pamiętam.
Znaczy się "w ciągłym ruchu". Silniki w autobusach stojących zimą w zajezdniach pracowały całą noc.
J
Jarosław Sokołowski
Pan J.F napisał:
Jeszcze jedno:
Strona 32:
Po tygodniu eksploatacji samochodu z układem chłodzenia napełnionym takim płynem powinno się płyn spuścić (przy gorącym silniku) i pozostawić go w spokoju na parę godzin, aby na dno naczynia opadł osad z kamienia kotłowego i rdzy. Następnie należy płyn przefiltrować przez czystą flanelę i powtórnie napełnić nim układ chłodzenia.
Czyli to też nie było takie "wlej i zapomnij".
J
J.F
Czego to się człowiek nie dowie :-)
Tylko nie bardzo rozumiem - to operacja jednorazowa, czy należy powtarzać co tydzien?
Bo jeśli służy do odfiltrowania szlamu i kamienia kotłowego, to może wystarczy raz.
Ale jesli byle jaki płyn (na glicerynie?) powodował zwiększoną korozję, to może rdzę trzeba było filtrować co tydzień ?
No cóz - co tydzien, nie co dzień :-)
J.
J
J.F
W czasie może i tak, ale to jednak parę pokoleń.
Sprawdzać codziennie. Ale jak często dolewać - nie wiemy.
Jak ktoś mieszkał na Florydzie, to pewnie nie. Ale w Detroit zimy srogie.
I sporo Amerykanów pamięta, że wymieniac trzeba często. No może minęło jedno pokolenie, i zapomnieli ..
$ miał inną wartość. Jak pisałeś - Ford T, 250$. Ale to kolejne 50 lat i jedna wojna wcześniej :-)
Za AI "W Detroit notuje się srogie zimy, a rekordowo niskie temperatury (poniżej -20°C) zdarzają się regularnie, zwłaszcza w styczniu i lutym, kiedy średnie temperatury spadają do
-6°C (minimum) i 0°C (maksimum), ale notowano tu też głębokie mrozy sięgające nawet poniżej -30°C, co stanowi ekstremalne przypadki podczas silnych fal arktycznego powietrza"
Nawet -1 wystarcza, aby woda zamarzła.
Składnice Polmozbytu jednak były :-)
No, na wsi o deszczówkę raczej nietrudno :-)
Nie miał co narzekać - stać go było.
formatting link
2235
1975 3913
1979 5327
Ale to średnia - ktoś mniej, ktoś więcej. A jak koszty życia umiarkowane, to zostaje w portfelu dużo.
J.
J
Jarosław Sokołowski
Pan J.F napisał:
Też po przeczytaniu nie byłem pewien, czy to jednorazowa operacja, czy tak należy co sobotę. Literalnie podchodząc, raczej jednorazowa. Ale z drugiej strony dobrze pamiętam, że ludzie latem jeździli na wodzie, płynem zalewali na zimę. Rytuał taki, jak dzisiaj ze zmianą opon. Jeden kierowca pytał drugiego, "czy już". Nie wiem skąd to się brało, jakiś przesąd, że woda silnikowi służy, a płyn to zło konieczne, którego należy unikać? Jeszcze pod koniec ubiegłego wieku takich spotykałem.
No ale flanela, czysta, naczynie, spokój, godzin kilka, lejek... Może prościej co wieczór z siurasa wprost na ulicę, a rano znowu z konewki?
J
Jarosław Sokołowski
Pan J.F napisał:
Ja jednak tego Gomułke pamiętam, a nie jestem "parę pokoleń".
W tej Ameryce klimat jest porąbany. Góry mają wzdłuż, a nie w poprzek, jak Pan Bóg przykazał. Jak dmuchnie od bieguna, to i na Florydzie robi się mróz w trymiga.
Ówczesna amerykańska pensja koło tysiąca dolarów nam się wydawała czymś niesamowitym. Teraz ropa bywa po 150$, a stu tysięcy na miesiąc tam nie płacą. Zwłaszcza za Trumpa.
No to chrzani, bo tam w pogodzie mało co jest regularne.
Czyli przeważnie dość ciepło.
Na Florydzie zdarza się prawie -20°C (-2°F).
Ale nie od razu. Można silnik odpalić na jakiś czas.
Ale rozmieszczone z rzadka, jak inne "składnice". W połowie Gierka ktoś wpadł na pomysł, że sprzęt elektroniczny (nawiążę do tematyki grupy) będzie dostępny "w ciągłej sprzedaży", ale tylko w jednej centralnej składnicy. Bodajże w Skierniewicach.
Jarek
P
Paweł Pawłowicz
W dniu 23.12.2025 o 21:39, J.F pisze: [...]
Nie wiem. A olej był rycynowy, z apteki.
P.P.
Join the Discussion
Have something to add? Share your thoughts — no account required.
Didn't find your answer?
Ask the community — no account required
Report Content
You are reporting this content to the moderators. They will look at it
ASAP.