Klimatyzacja projekt

Aug 01, 2026 Last reply: 3 dni temu 88 Replies

Pan PeJot napisał:

[...]

Dlatego poza wszystkim dałem radę osobistą: podstawić wiadro tam, skąd woda cieknie. Jeśli ten zbiornik buforowy jest za mały, to na bieżąco wężykiem odprowadzać wodę z siurasa, jaki producent przewidział do jej usuwania.

To by było całkiem rozsądne. Woda skroplona w parowniku doprowadzana do skraplacza celem odparowania. Brzmi logicznie. Przy tym podnosi sprawność urządzenia, bo moc chłodząca zmarnowana na skraplaniu odbierana jest przy parowaniu.

W tychże latach 30 myśmy kombinowali z balonami stratosferycznymi. "Gwiazda Polski" miała być największym balonem na świecie, w dodatku używanym wielokrotnie. Życzliwi Amerykanie chcieli dostarczyć hel do wypełnienia, ale ponieważ wodór lżejszy, a myśmy se chcieli wysoko polatać, to sią skończyło jak się skończyło. A skończyło się tak, że w zasadznie nie był użyty ani razu, bo spłonął w miejscu startu na Polanie Chochołowskiej. Za to dzisiaj Polska jest producentem helu, jednym z niewielu na świecie i jedynym w Europie.

Ja nie wiem czy dzisiaj hel nie jest droższy niż wówczas. W każdym razie popyt może przewyższać podaż -- niedawno była załamka windująca ceny. W sterowcu nadmiarowy gaz wyporowy można po prostu sprężać w zbiornikach ciśnieniowych, co też zresztą robiono. Większym problemem jest to, że ten hel, spryciarz jeden, przenika przez wszystkie powłoki i ucieka bezpowrotnie.

Jarek

Pan J.F napisał:

Można zrobić system trójrurowy. Dwie rurki z czynnikiem roboczym łączące obie jednostki już są, dodać trzecią do transportu wody.

Jaki to ma rozmiar tego wylotu?

25x20cm? to jest 0.05 m2. Potrzeba 1.6m/s dla tej wydajności ... czyli tak w sam raz.

Ale ... to jest tylko mieszanie powietrza w pomieszczeniu. Moc chłodząca - ok 2.3kW.

Ile trzeba czekać w zimie aż 2kW grzejnik podgrzeje pomieszczenie o 10 C?

Możliwe, że OP chodziło bardziej o kocią siersc i inny kurz. Bo jak ma co tydzien czyścic parownik, to się nie dziwię.

Hm, suche powietrze ma ciepło właściwe 1kJ/kgK, czyli ok 1.3kJ/Km^3.

Jeśli to urządzenie wyrzuca na zewnątrz powiedzmy 30m3/h, 0.008m3/s, to schłodzenie takiej ilości napływającego powietrza o 15K to tylko

160W (ciepła) ... może nie ma się o co bić.

Po zmroku ... gdzie to było?

Przy stałym cisnieniu 1005

Nawet z tym wyższym cieplem to tylko 2000kJ ... 0.55kWh. Plus na wykraplanie wody.

Wyżej/w Ariston ma 2.3kW.

A u mnie w biurze nie dawała, choć może słabsza. No ale mury tam grube.

Chodzi mi o to, że nawet to wietrzenie na postoju musi parę minut trwać. Inaczej - klima działa, a w srodku jakoś ciągle gorąco ..

Ale w starych budynkach balkon to chyba rzadkość, a i tarasy nieczęste?

J.

Pan J.F napisał:

Nie tylko mieszanie, ale też chłodzenie przy każdym przejściu. Im mniejsza różnica temperatur przy chłodzeniu (lub grzaniu), tym wyższa efektywność (COP).

Można bardzo krótko. Wiele zależy od samego pomieszczenia -- jak szybko da się wyeliminować odbieranie ciepła przez ściany, co następuje po podgrzaniu choćby tylko ich powierzchni. Kiedyś na ścianach wieszano dywany. Właśnie po to.

Nie ma o co i nie ma po co. Wymiana powietrza i tak jest potrzebna.

Ten młyn? Okolice Splitu. Bardziej nawet Trogiru. Młyn tam jest jeden, więc od razu wiadomo który.

Tak, moja pomyłka. Liczyłem w pamięci, dane też z pamięci.

O to właśnie chodzi. Ściany z dużym udziałem drewna i lekkich materiałów, podatne na szybką zmianę temperatury. A na dole w ciężkich murach kolację też jadło się przyjemnie. Stabilizacja ze strony gruntu. Dodatkowo dobry mikroklimat robi tam rzeka, na której młyn postawiono. Woda ma tam zawsze temperature około 10 stopni. To stąd, że ma ona długość kilkuset metrów

-- tyle jej widać na powierzchni, bo Wcześniej woda płynie jaskiniami Gór Dynarskich, czort wie skąd i jak długo. W każdym razie w chłodzie.

Wenecjanie akurat lubili balkony.

Ale obecnie i tak czysto hedonistycznie, wydaje się wiekszość nadal albo i ponownie, lubi drzewa, ich cień i takie tam atrybuty. No chyba, że ma alergię na pyłki.

No prosze Pana, juz sam Kochanowski... W genach to chyba nie, prędzej spodziewam się, ze bieda nam jednak ciągle depcze po piętach. Bieda cechuje się tym, że często traci się szerszą perspektywe poprzez nadmierne skupienie na zaspokajaniu bardziej materialnych potrzeb. Bieda niekoniecznie taka ekonomiczna. Moze manifestowac się organicznym pragmatyzmem. W sumie mamy dopiero jedno pokolenie nieskazone pe-er-elem.

Jest taka scena w Ziemi Obiecanej, gdzie Borowiecki odwiedza fabrykanta Millera. Na pochwałę pelargonii w doniczkach, Borowiecki słyszy że lepiej by było aby tam rosły pomidory lub też ziemniaki.

Pamiętam ile razy naoglądałem się obrazków czy innych reklam tej polskiej szynki w puszce w kształcie spłaszczonego jaja i jakie było moje rozczarowanie kiedy wreszcie dostąpiłem zaszczytu posmakowania tej przesolonej mielonki. Z tym, że było to juz u schyłku jej sławy, więc może to co szło dekady wczesniej na eksport to był faktycznie jakiś rarytas?

Naprawdę taka motywacja? To przeciez zupełnie inny typ wędliny.

Bo nikt klimatyzacji na co dzień w domach nie używa. A nie da się uszczelnic czy izolować tak, by aspekt ekonomiczny stał się pomijalny. Gorzej, koszty wdrożenia takich izolacji mogłyby spokojnie przewyższyć zyski z wyeliminowania strat "zimna" i to w perspektywie wielu lat. Wykończeniówka jest tu na fatalnym poziomie, za to jest droga jak cała reszta (lokalna żywnośc pomijając).

Tez o tym czytałem i cos może i być na rzeczy. Ale do końca przekonania nie mam. Jeszcze 20-25 lat temu klima w wielu miejscach ustwiona była bardzo nisko. Ze trzy miesiace po moim przyjedzie ośmieliłem się przestawić mniej lub bardziej centralna klime u mnie w budynku z 16C na

24C. Przez kilka tygodni był spokój, potem ktoś znowu przestawił na 16C. Pojawiła się teoria, że jest tak nisko, co by ludzie nie siedzieli za biurkami a posuwali na hali przy maszynach. No może. A może faktycznie był to kiedys synonim wypasionych warunków bytowych i pracowych. Tu tez nie mam przekonania. A może to zwyczajnie kwestia aklimatyzacji bo teraz zerknąłem ile u mnie jest w labie i widzę 22C, czego juz kompletnie jako zimno nie odbieram. A, że narzekają na zimno w kinie... może część filozofii życiowej. To jest bardzo skomplikowane zagadnienie, biorąc pod uwagę i ten fakt, ze jak temperatura na zewnątrz spadnie poniżej 27C, to nikt się w basenach w takim mrozie juz nie kąpie.

Pan Marcin Debowski napisał:

Wtedy też mogli doceniać, o ile nie ośmielały się rosnąć poza właściwym dla nich miejscem, czyli na przykład lasem. Tu chodzi o wartość gruntu. Grunt ma wartość, o ile nie ma na nim drzew.

Dowiedziałem się niedawno, jak na wsi jeden gospodarz ocenia drugiego po wyglądzie domostwa. Jeśli u któregoś drzewo wyrosło wyższe niż dom, to już przepadł w opini sąsiadów. Bo na wsi każda piedź ziemi miała żywić jej mieszkańców, którzy często bywali głodni. A co takie drzewo i jego cień? Tym się nikt nie naje. Czasy głodu szczęśliwie mamy za sobą, jednak to kryterium oceny w wielu głowach przetrwało.

Drzewa sadzono przy dworach szlacheckich. Dwór mógł być niewielki, ale przy nim stały ogromne topole, co go broniły od wiatrów jesieni. Latem cieszyły oko ciemną zielenią odbitą od pobielanych ścian dworu. Poza tym z takiej topoli pożytek żaden, deski z tego się nie zrobi. Przy dworach też bywały parki. Do dzisiaj sporo ich po wsiach pozostało.

Wywiodło się z tej ekonomicznej. Wcześnie tylko pan mógł sobie na drzewa pozwolić. Ale przetrwało. Ta inna "bieda" też w ludziach przetrwała.

Ziemniaki swoją europejską karierę zaczynały jako roślina ozdobna. Słusznie, bo ładne są. Tak jak ich ziomale z psiankowatej rodziny, pomidory. Ja kiedyś na tarasie nad wejścem do domu zasadziłem ogórki. Ze względu na to, że liście mają urodziwe i dobrze się pną. Owoce potem pięknie zwisały nad drzwiami. Goście gorąco chwalili, nie mniej niż Borowiecki kwiatki sadzone ręką orgodnika Gotlieba. Nawet ich nie zjedliśmy, szkoda nam było psuć widok.

Załapałem się na czasy bez reklam, w których ludzie i tak wiedzieli wszystko co trzeba. Mielonka to gorszy sort, oryginalnie miała tam być szynka w całości, stąd taki kształt puszki. Słabe to było, jeśli do tego przyłożyć dzisiejsze kryteria.

Warto to osadzić w kontekscie szerszym niż PRL. To czasy, w których Le Corbusier wymyślał "maszyny do mieszkania", a ludzie snuli swoje wizje, jak to będzie w wyczekiwanym z utęsknieniem roku 2000 (wszystko miało być sztuczne, co wbudzało wtedy powszechny entuzjazm). Szynka zapakowana w standardową puszkę jakoś się w ten trend wpisywała.

Trudno mi zgłębić myśli kacyków, to środowisko jest mi kulturowo całkiem obce. Ale szynka to szynka, nasza musi być lepsza, nie to co jakaś czarna świńska dupa z równie czarnym kopytem jak u dyjabła. No tylko te figi... Reszta obywateli też figę dostała, więc było sprawiedliwie.

To trzeba rozpatrywać jako "zdobycze cywilizacji". Kiedyś nie zawsze widziano potrzebę ogrzewania pomieszczeń mieszkalnych. Nawet przy dostatku drewna na opał, więc aspekt ekonomiczny można pominąć. Był piec w kuchni do gotowania strawy, a w kurnej chacie palenisko -- to grzało na tyle domostwo, że spać się dało, również w zimie. Potrzeba łazienki pojawiła się jeszcze później. Te procesy nie są szybkie, ale dzieją się cały czas.

To drugie. Nie tylko kiedyś, ale i dzisiaj. Przeglądałem kiedyś archiwa Usenetu. Zauważyłem, jak ludzie chętnie chwalą się temperaturami w domach w zimie. Jeśli ktoś nahajcował do 24°C, czuje się lepszy względem tego, co ma "tylko" 22. A tacy z dwudziestoma stopniami lub mniej, to w ogóle pariasi. Potem w lecie się okazuje, że w 24° bez klimy to już nie da się wysiedzieć. Mogą to pisać ci sami ludzie.

Dlatego hedonistycznie. A materialnie, no to chyba zalezy co dalej z tym gruntem. Jakbym miał sobie kupowac chałupę na w miarę dużej działce to wybrałbym taką z drzewami. Ale może jestem jakoś mocno odklejony. Przy czym zdaję sobie sprawę, ze na wycięcie drzew nieowocowych to trzeba mieć pozwolenie, a kary są bardzo wysokie, więc rozumiem ten aspekt ekonomiczny. No ale ja nie chciałbym wycinac, ani w perspektywie reszty życia, sprzedawać. Z tym, że dyskusja zaczeła się od betonozy rynkowej, gdzie były już drzewa, bynajmniej nie owocowe, a ktoś je jednak wyrżnął i wstawił wysoce estetyczny polbruk piatej generacji lub zrobił inny parking.

Owszem. I cieszą oko. Przynajmniej moje. Choć to też często na takiej zasadzie, że widzi się przed wsią szpaler drzew, albo i coś na kształt zagajnika, bo z dworku niekoniecznie dużo zostało. Alternatywą moze być zapomniany cmentarz, choć tu "drzewostan" inny.

Nie dalej jak w czerwcu, kupiłem drzewko pomidorków koktajlowych. Takie w doniczce. Bardzo ładna roslina. Niestety ogrodu nie posiadam, a słońce, mimo że przez okno blokujące podczerwień, stawia wysokie wymagania co do kunsztu nawadniania psiankowatych. Dwa tygodnie wytrzymały. W sumie chyba bardziej ze mną niz ze słońcem. Co się zaczerwieniło to zjadłem. Teraz z roslin użytkowych mam tylko bazylie, nie licząc kilku tzw. drzewek pienięznych (pachira aquatica). Robią mi one za substytut gry w totolotka. Mam je od wielu lat, efektów nie widać, ale barzdzo, bardzo trudno je ubić.

W końcu się chyba nie dowiedzilismy czy madam Miller przekazała pochwałę Gotlieb'owi, i czy mu było w zwiazku z tym przyjemnie?

Sie juz nie da. Ten czas przeminał. Nie mozna motywować czymś co jest de facto standardem i jest powszechne, gdzie jedyną niedogodnością są koszty, koszty, które choć niepomijalne, nie są zaporowe. To juz prędziej cos by się dało eko-pi-arem, ale to musiałoby wyjśc odgórnie, a rząd SG bardzo pragmatyczny i ma bardziej nośne (i pragmatyczne) eko-kierunki rozwoju.

Pan Marcin Debowski napisał:

Mieszkać czterdzieści lat w jednym domu -- toż to obciach jak stąd do Przasnysza! Też się o tym niedawno dowiedziałem. Skąd to? Nie mam pojęcia. Ale źródła muszą być inne niż wcześniej wspomniane. Kiedyś ceniono ojcowiznę.

Z tym się zgodzę. Wprawdzie wcześniej było o niedopuszczlności drzew na własnej działce, ale to akurat jest bezdyskusyjne.

Teraz chcą wycinać drzewa przydrożne w wiekowych alejach. Bo one atakują samochody, rzucają się na nie znienacka (pewnie po pijaku to robią -- drzewo jak popije po deszczu, jest nieobliczalne). Autostrady często robi się w nowym śladzie. Przeniesienie drogi krajowej w inne miejsce nikomu nie przychodzi do głowy. Znak ograniczenia prędkości też.

Mnie jakoś te kupowane wymuskane miniaturki nigdy nie wychodziły. Zawsze marniały. Lepiej bylejakie nasionko rzucić byle gdzie. A już najlepiej to zapomnieć gdzie się siało i co się siało. Lub też sadziło. Ja tak robię jesienią z cebulkami krokusów, tulipanów, szafirków, szachownic, cebulic i czort wie czego jeszcze. O okolicach okołorównikowych wiele się nasłuchałem, że tam wszystko samo rośnie, jeśli trafił na szparę w betonie. Nie sprawdzłem.

Pachirę podarowałem kiedyś córce. Ona sobie z nią szyko poradziła (za to córka jak tylko wyszła za mąż, od razu dostała dwa mieszkania w spadku).

Na wszystko są sposoby, a czas zatacza kręgi. Czasem można natrafić na tę samą rzekę i do niej wejść. Tu trzeba wygenerować modę, to zwykle działa.

Moja klimatyzacja nie generuje żadnych kosztów, tak materialnych, jak i środowiskowych. W naszym klimacie jest czymś, co powinno samo się nasuwać każdemu, kto ukończył choćby szkołę podstawową i nie był "na chorobie" gdy odbywały się lekcje geografii. Jenak pijaru nie ma ona żdnego. PR mają tylko rozwiązania kopiowanie z innych stref klimatycznych, słabo tutaj uzasadnione ekonomicznie. Trochę biały (bo fajnie mieć chłód przyjemny), a trochę czarny (bo planeta płonie).

Podobnie najwyraźniej jak nie zmieniać pracodawcy co 2-3 lata bo trafiła się 3% podwyżka. Może to stąd? Choć w końcu i pojawił się wśród zetek trend aby trochę wyhamować ze wszystkim ..."slow life".

Zakusy są zdaje się od dobrych 10 lat. To się wpisuje w ogólną, już wieloletnią tendecję nadopiekuńczości. Wszędzie. Co z kolei prowadzi do przesunięcia odpowiedzilności z użytkownika na organizatorów takiego czy innego przedsięwzięcia.

A DK nie przeniosą bo koszty. Znak ograniczenia prędkości, owszem, ale też spodziewam się, że w kolejnej literacji będą argumenty, trzeba i tak wyrżnąć, bo ludzie będą przekraczać prędkość mimo zakazu. To jest tak, jak we wpółczesnym chemicznym labie są tony przepisów, obostrzeń, oznaczeń, ostrzeżen, bo osoba tam pracująca najwyraźniej może nie wiedzieć, że jak się stłucze zlewkę, to szkłem się można pokleczyć.

To to było jak rasowy pomidor, a tylko owoce były miniaturowe - w przeciwieństwie np. do bardzo popularnych w okolcach Chińskiego Nowego ROku, drzewek pomarańczowych. Z nasionek próbowałem wiele rzeczy, ale tak jak lubię wszelką roślinność, tak i muszę przynać, że nie mam do tego za dobrej ręki.

Wydaje się, że nie. W każdym razie, nie jakoś zauważlnie bardziej żywiołowo niż wiosną/latem w Polsce. Może lokalna specyfika gleby, która na ogół jest jakaś taka gliniasto-iłowo-żelazna. Może też nawodnienie tej gleby. Jak już jest dżungla to występuje większa retencja wody i rośnie jak dzikie na górkach i dołkach. Póki teren góly czy półgoły, niekoniecznie. Glony, pleśń, i owszem. Większe cosie, jakby nie. Ale jest jeden aspekt, który mnie nie przestaje zadziwiać - brak latających owadów. Tzn inaczej, są oczywiście, ale polskie lato zawsze kojarzyło mi się z upaćkaną od owadów szybą samochodu. Tu to kompletnie nie wytępuje. A tropiki zawsze kojarzyły mi się z żywiołem właśnie takich stworzonek.

Córka klarownie nie jest osobą pazerną, drzewko zadziałało, należało z tym skończyć, bo ile tych mieszkań można? Najwyraźniej muszę moim pokazać jakiś akt pazerności.

Pan Marcin Debowski napisał:

Mnie prędzej ktoś z dzikiem pomyli (np. myśliwy), niż z zetką. A jednak podejście to stosuję w zasadzie od zawsze.

Prędzej "co" a nie "od". Podchody są od lat klikudziesięciu, co kilka lat następuje wzmożenie.

Też. Ale postulat ten słychać najczęściej od tych, którzy po prostu "lubią zapiehdalać". Wszędzie, bez względu na wszystko. Tak, to są ludzie specjalnej troski.

Wymówkę zawsze można znaleźć. Ja takie przenosiny widuję choćby na Słowacji. Albo na Węgrzech. Omija się tam nie aleje drzew, ale wsie ulicówki. Z reguły ciaśniejsze niż te nieliczne u nas. Kompletnie niekompatybilne z tranzytowym ruchem samochodów, tam nawet 50 km/h to za szybko. Wieś ulicówka też ma tam łanowy układ pół uprawnych, wąskie działki perpedikularnie zorientowane do drogi. Każdemu gospodarstwu należało więc uszczknąć kawałek na samym końcu -- i już można tam skierować samochody. Zwykła droga, taka na 90 km/h, nie wypasiona dwupasmowa obwodnica (w Polsce tylko takie się buduje). Aleje zawsze otoczone są działkami rolnymi. Da się aleję przekształcić w ulicę, która wyznaczy oś osiedla, a pas ziemi wokół odrolnić. Tylko trzeba chcieć. Osiedla mieszkaniowe nasza rodzima patodeweloperka stawia zwykle gdzieś w szczerym polu, gdzie nie ma nic.

Wiem. Ale mnie hodowla pomidorów rasy ratlerek zawsze wychodziła gorzej od tych normalnych.

formatting link
Ja to kupiłem przeszło czterdzieści lat temu, gdy wyszło w jakimś skandalicznie niskim nakładzie. Teraz pojawiło się wznowienie, warto skorzystać. Lektura w sam raz dla tych, co lubią wszelką roślinność. Ale nie mają do tego za dobrej ręki. Albo im się tylko tak wydaje. Wysiewanie z nasionek? Przecież to jest bardzo proste, wystarczy wiedzieć co i jak!

Niektórzy mówią, że trzeba dodać węgla drzewnego, podczas gdy inni tę tezę odrzucają, niektórzy zalecają troche żółtego piasku, ponieważ podobno zawiera żelazo, podczas gdy inni przed nim ostrzegają z tego prostego powodu, że podobno zawiera żelazo. Inni znowu polecają czysty piasek rzeczny, inni zwykły torf, a jeszcze inni drewniane trociny. Krótko mówiąc, przygotowanie ziemi pod nasionka jest wielką tajemnicąi czarodziejskim obrzędem. Winno się do niej dodawać marmurowy proszek (ale skąd go wziąć), trzyletnie krowie łajno (tutaj nie jest całkiem jasne, czy to ma być łajno trzyletnich krów, czy trzyletnia kupa łajna), odrobinę świeżej ziemi z kretowiska, na proch roztłuczoną glinę ze starych cegieł, piasek z Łaby (w żadnym razie nie z Wełtawy), trzyletnią ziemię inspektową i chyba jeszcze humus spod złotej paproci, a także jeszcze garść ziemi z grobu powieszonej panny; to wszystko powinno się porządnie wymieszać (książki ogrodnicze nie wypowiadają się na temat, czy ma się to wykonać podczas nowiu, pełni albo nocy świętojańskiej) i gdy ową tajemniczą ziemię nasypiecie do doniczek (wymoczonych w wodzie trzy lata stojącej na słońcu, na których dno dacie wygotowane skorupki i kawałek węgla drzewnego, przeciw czemu wypowiada się jednak wiele autorytetów), gdy to wszystko już wykonacie, trzymając się przy tym setki przepisów w zasadniczy sposób różniących się między sobą, co znacznie obrzęd ten utrudnia, możecie przystąpić do sedna sprawy, to jest do wysiewania nasionek.

To już przeszłość. Kiedyś faktycznie, jak się o zachodzie słońca jechało dajmy na to z Krakowa do Warszawy, to i trzy razy trzeba było się zatrzymać. Żeby szorować szyby ścierką, bo wycieraczki nie dawały rady. Chłodnica cała w muchach i innym hmyzie. Teraz jak owad walnie w szybę raz na kwadrans, to już dużo.

Może też wytruli? Namiastke "polskiego lata" owadziego można mieć jescze w Rumunii. Ale tylko namiastkę. Niedawno zachwyciły mnie robaczki świętojańskie we włoskiej Ligurii (przełom maja i czerwca). W Polsce dawno ich nie widziałem. A były. Jakby kto wszędzie rozrzucił białe LED-y (on-topic!).

Jarek

Z dzikiem być pomylonym nietrudno. W oparciu o dostepne materiały prasowe, praktycznie wszystko jest dzikiem.

Możliwe, choć mam wrażenie, że też nastepuje intensyfikacja. Z tym, że może to być też efekt wiekszej dostepności informacji.

Ci co lubia zaerdalac to zwykle rodzaj, który uważa, że on/ona jeździ szybko ale bezpiecznie więc jemu drzewa nie powinny przeszkadzać. Wrzasku może dochodzić ze strony ich rodzin z konkubinami typu Karen włącznie, lub własnie ugrupowań, które chcą wszystkich ubezwłasnowalniać ograniczając mozliwości działania w imię nosnych haseł ochrony zdrowia i życia.

Samo położenie drogi kosztuje. A jeszcze przyjdzie jakis i zaorze. No dobrze, wiem ze się da jak się chce, ale nadal uważam, że póki przepustowość alei jest ok, to dostosować prędkość do warunków i tyle, a

Kupiłem.

Przerabiałem parę razy, wiele nasionek, nawet ze specjalnym sprzetem tj. takimi doniczkami - tacami co to miały odpowiednio nawadniać i ograniczac parowanie wody. Ostatnie próba była cos ze 3 lata temu i skończyła się tym, że na tuzin++ nasionek, wcale nie egzotycznych, a wręcz przeciwnie (pamietam, że miałem tam np. nasturcje), ze 2-3 typy wzeszły wstepnie przetrzebione, żeby po jakimś tygodniu sromotnie paść wszystkie co do jednego.

Z czego to wynika?

Taka jest przeważająca teoria, w którą sam nawet wierzyłem, bo tu się regularnie odymia teren w celu ukatrupienia aedes aegypti. Przestałem wierzyć, jak sobie uświadomiłem, ze przejechawszy do kupy kilka tysięcy kilometrów po Malezji, też owadami na szybie spotkań nie było. Nie wierzę, że opylają cały ten teren.

Pan Marcin Debowski napisał:

Błędnie przekonanie. Nie przeszkadzają inni użytkownicy dróg. Ci, jeśli zbytt wolno jadą lub w jakiś inny sposób przeszkadzają w oddawaniu się ulubionej czynności, to zawsze można ich otrąbić, zamrugać światłami, a w ostateczności zmusić do zjechania na pobocze. To zawsze się udaje. A przynajmniej do tej pory zawsze się udawało. Z drzewami jest inaczej. One złośliwe dybią na kierowców i wyskakują znienacka. W ogóle nie sposób przewidzieć, co zrobą. Już wcześniej o tym pisałem. I oni też to wiedzą.

Prawda, dzisiaj kargulowe spory o miedzę przybrały zupełnie inny wymiar. W prasowych doniesieniach na temat oracza uderzyły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze reakcja czytelników. W zasadzie wszyscy uważają, że skoro oracz orał tam przed laty, to dzisiaj orać też może, a wręcz powinien. Bez względu na okoliczności. Wszystkiemu winni są urzędnicy. To oni mają interes w tym, żeby lać asfalt i wydawać pieniadze. Tylko oni, bo przecież nie ludzie, którzy tam mają domy i być może woleliby mieszkając w mieście mieć obok siebie miejską ulice, a nie wąską polną dróżkę. Druga rzecz, to sposób myślenia samego oracza (w sumie podobny do całej reszty). Wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje na to, że ćwierć wieku temu on sam zainicjował proces przemiany dróżki w ulicę. Być może liczył na związane z tym frukta, ale o to do niego pretensji mieć nie można. Pierwszy etap się dokonał, nastąpiła zmiana własności, a droga się poszerzyła. Na razie tylko na papierze, co dość istotne. Wtedy oracz się obraził, bo frukta zdały mu się zbyt małe i kwaśne. Nie pomyślał o tym, że każdy owoc musi mieć czas, by dojrzeć. Tu dojrzewa wtedy, gdy to co na papierze zadzieje się w życiu -- tam gdzie była dróżka, staje się ulica. Ziemia tuż przy ulicy niepomiernie zyskuje na wartości, gdyż po odrolnienu (o co w mieście nietrudno) i podziale na kilkanaście parcel budowlanych sprzedaje się ja chętnym za całkiem grzeczne pieniądze. Z tym że chętnych do mieszkania przy zaoranej ulicy może nie być zbyt wielu.

Aleje bywają tak piękne, że czasem mam ochotę dostosować do tego swoją prędkość i jechać 20 km/h, by trwało to jak najdłużej. W każdym razie stanowią tak wielką "wartość dodaną", że przy mądrym zarządzaniu przez grupę okolicznych właścicieli gruntów dałoby się nie tylko samemu dobrze zarobić, ale też sfinansować (dofinansować) obwodnicę.

Nasturcja jest gdzieś z Ameryki Środkowej, takiej bardziej tropikalnej. Świetnie wyczuwa punkt 0°C -- minimalnie poniżej tej temperatury cała roślina marznie, flaczeje i w końcu pada. To samo dzieje się z częścią podziemną. W naturalnych warunkach, gdzie mrozu nie ma, nasturcja jest byliną. Z kolei w moich warunkach w ciągu sezonu potrafi dochować się drugiego pokolenia. Nasiona roślin wysianych wiosną padają w byle szparę i tam ochoczo kiełkują, do jesieni potrafią nawet zakwitnąć. Bardzo to żywotne stworzenie. W dodatku z wielkimi zdolnościami do wytwarzania nanotechnologicznych powłok. Liść nasturcji ma własności superhydrofobowe, trudne do odtrworzenia nawet przez zespoły najwybitniejszych specjalistów.

Ze Zmian Na Świecie. Rośnie stężenie CO2 w atmosferze, klimat się zmienia, topnieją lodowce, rzeki wysychają, upały męczą, lasy płoną. O tym czytam codziennie. Wcale tego nie lekceważę. Piszą też, że wszyscy wkrótce od tego wymrzemy. W to mi trudno uwierzyć, bo tylko coraz nas więcej i więcej. Mechanizm tego rzekomego wymarcia trudno opisać, bo populacja może się zmniejszyć o połowę, o trzy czwarte, albo i dziesięciokrotnie (by było jak w epoce Odrodzenia), ale sporo nas zostanie. Wytrzyma, jak wytrzymwać trzeba było choćby zlodowacenia.

Artykuł o owadach trafi się raz na rok, a taki wnoszący coś nowego jeszcze rzadziej. Specjaliści tam piszą, że w ostatnich latach ubyło jakieś 90% owadów. Ja im wierzę, ale moje niefachowe szkiełko i oko ocenia, że w obserwowalnej przeze mnie części wszechświata ubytek może sięgać lub nawet przewyższać 99%. Tym się mało kto przejmuje, bo kto by tam lubił muchy i komary.

W połowie ubiegłego wieku karierę robił azotox, szerzej znany jako DDT. Nawet Nobla za to dali. Uchodził za niezwykle skuteczny, przy tym zupełnie niegroźny. Pamiętam go jeszcze. Jak chłop pryskał pole i walczył ze stonką zrzucaną z samolotów przez Amerykanów, smród czuć było w całej wsi. A może nawet w sąsiedniej. Nie tylko smród, jak się schroniłem pod dachem, to w ustach cały czas było to samo w postaci smaku. Również w mieście -- bywało, że azotox dało się wyczuć w ugotowanych ziemniakach. W mniejszej skali był "Muchozol" przeciwko muchom latającym po domu. Po zastosowaniu mieszkać się tam przez jakiś czas nie dało, człek by się udusił. Muchy latały jeszcze przez pół dnia, nim jedna po drugiej padły.

Już we współczesnych czasach nadmiernie rozmnożyła mi się Drosophila melanogaster. Kupiłem środek przeciwko. Psiuknąłem raz przez kilka sekund i się przeraziłem. Padły od razu wszystkie. Potem zauważyłem, że w beczce z wodą stojącej kilka metrów dalej sczezły wszystkie larwy komarów. To działa na odlegóść, potrafi nieść się daleko, a zakładam, że entomologom znane są gatunki daleko bardziej wrażliwe niż jakaś stonka ziemniaczana czy inny słodyszek rzepakowy. Przy czym tego w ogóle nie czuć. Gdyby mi ktoś spsiukał obiad, to może bym nie zauważył. Może też nic by mi nie było -- bo współczesne środki są bardzo selektywne. To już nie jest jakieś "odymianie", tylko broń masowego rażenia. Jak nie ona wykończyła naddrożne lotnictwo, to co innego?

Jarek

Dobrze byłoby ten dylemat rozstrzygnąć a nie bardzo jest jak. Co prawda nie wątpię, że i na tej grupie, a już na pewno na "samachodach", rzeczeni poerdalacze są, ale mogą nie zechcieć się przyznać.

Pewnie jest to związane z tym, jak postrzegana jest administracja państwowa czy tu konkretniej gminna. Z drugiej strony nie widziałem takich komentarzy, ale też zwykle do art. prasowych publicznych komentarzy nie czytam, wychodzac z przekonania, że do oszacowania stanu umysłowego szeroko rozumianego społeczeństwa w zupełności wystarczą mi wyniki wyborów.

Jakoś tak. On dostał zdaje się nawet za to pieniądze, które spokojnie sobie spoczywają w depozycie sądowym czy innym. Tyle, że chyba własnie spodziewał się więcej.

Tak ja własnie wspominam z dzieciństwa. Rosła u nas zawsze w przydomowym ogródku i nie pamietam zeby ktoś ją specjalnie wysadzał.

A tego to nie widziałem, bo się biedactwo nie zdąrzyło wykształcić. Efekt oczywisci znam z lisci lotosu, a co do specjalistów, to trzeba mieć w nich trochę wiary. Jest już trochę technologii na podobnej zasadzie opartych, choć niekoniecznie powszechnie uzywanych, czytaj, drogich - modyfikuje się np. powierzchnie metali laserem, tworząc tekstury zawierające elementy o duzym.... eeee ... "aspect ratio"... proporcjach wymiarów? Robi się też metodami litograficznymi podobne struktury albo poprzez wytrawianie, albo na zasadzie stempla/formy.

Trochę się obawiałem, że w EU i Polsce to może być od przymocowanych nakretek i zwrotnych butelek.

Tu zjawisko bezowadzia szybiego wystepuje te minimum 20 lat, bo tyle jeżdżę, ale mechniazm może być inny - może tak jest "od zawsze"?

Jeśli ddt (czy podobne) byłoby powodem to efekt wystapiłby wczesniej. Raczej posypywano w latach 50. 60. 70. bardziej niż współcześnie. Zasatanawim się czy nie mogłoby to wszystko miec jakiegoś związku z monokulturami upraw, ale troche watpie, aby nagle, w ciągu ostatnich dekad wystapiła większa równowaga. A może obecne insektycydy są po prostu skuteczniejsze i mniej selektywne? Akurat ten drugi aspekt byłby dość dziwny. Z drugiej strony, z tego co pamietam, co nagminnie kończyło na szybach samochodu to róznej maści pasikonikowate... to może jednak szarańcza i skuteczniejsze insektycydy?

Tez jej tu praktycznie nie ma. Jak się zostawi ogryzek na stole, to prędzej zajmie się nim gekon.

Czyli wygląda, skuteczne i szerokopasmowe insektycydy.

Pan Marcin Debowski napisał:

Metodologicznie jest to błędne, a przynajmniej wadliwe. Wyniki wyborów pokazują stan umysłowy z dnia wyborów, niewiele więcej. Już gdzieś po miesiącu następuje zmiana z "nasi wygrali" na "wszystko to przez polityków", czyli poniekąd do podstawowego stanu stabilnego.

Czyli wciąż nieumiejętność zadbania o swoje. Gdyby potem nie tylko zaorał asfalt, ale też go zasiał, to mógłby wystąpić o unijne dopłaty bezpośrednie. Zasiew jest tych dopłat warunkiem koniecznym. Własność ziemi nie jest.

Całkiem temu zaprzeczyć nie mogę, ale mrozowrażliwość nasturcji obejmuje też nasiona. Nie mają twardej osłonki, łatwo nasiąkają wodą. Jeśli nie są w stanie wysuszonym, mróz może je ukrzywdzić. Ponadto każde nasionkio rwie się do kiełkowania razem z piewrszymi wiosennymi promieniami słońca. Potem przychodzi wiosenny mróz

-- i już po siewce. Z tych powodów nasturcji trudno jest uciec z ogródka do stanu dzikiego. Potrzebuje opieki człowieka.

To właśnie miałem na myśli. Nasturcja jest tania.

Możliwe. Ale nie da się wykluczyć, że punkt zwrotny będzie inny niż wyżej wymieniony.

Nie jest od zawsze. W dodatku wszystko tam startowało z wyższego poziomu, ogromne zróżnicowanie owadzich gatunków zasiedlających specyficzne nisze lasów deszczowych. Później w dużym stopniu wyciętych. W dzieciństwie czytałem książkę "Czółno malajskie". Niewiele pamiętam, poza ogólnym obrazem tamtych stron, całkiem dzikim. Dzisiaj to są całkiem inne "Malaje" (jak się kiedyś mówiło).

Skuteczność ówczesnych preparatów dobrze opisuje literatura przedmiotu z tamtego okresu (1967):

Tłum ludzi, rozkładany stolik na rogu ulicy, pełen puszek ze środkami owadobójczymi, i żar walący z nieba. Ale nasz Jose, berecik na bakier, traktuje gapiów bez cienia uprzejmości. Towar, który ma zaszczyt oferować, sam za siebie mówi i nie wymaga podlizywania się. Środek owadobójczy w aerozolu pod ciśnieniem, niezawodny i niedrogi -- dwie zalety, które rzadko chodzą w parce.

Produkty, którymi handlują w drogeriach, mają prospektów od cholery i sprzedają je w kolorowych puszkach, na których widać zdychające muchy -- ale przysięgam, że więcej jak połowa z nich to środki wzmacniające, psikniesz na robaka, a on, zachwycony, tylko nóżkami majda i drapie się na ściany, chętnie fikałby koziołki. W sumie za osiemdziesiąt pesos zaprowadziłeś go pan do doktora. Tu żadne takie, puszeczka skromna, wprost za darmo, a w ogóle nie rozchodzi się o nabieranie gości na obrazki w technikolorze, całość sama się reklamuje. Uwaga, może mnie państwo szczerze wierzyć, a jak nie, to za moment same się państwo przekona.

Jose bierze szklany słoik i podnosi go, żeby wszyscy mogli zobaczyć komara naturalnej wielkości, który bez entuzjazmu fruwa po małej przestrzeni.

Jose uchyla pokrywki słoja, przytyka produkt w aerosolu i psik -- porządnie zrasza dwuskrzydłowca. Wyżej wymieniony, jak przystało na mężczyznę, lata jeszcze około dwóch sekund, po czym przykleja się do szkła, jakby chciał wypocząć, wyciąga nóżki, nagle traci oparcie i spada na dno słoika. Publiczność zaś zachłannie wpatruje się w jego efektowne i urozmaicone konwulsje aż do końcowego zesztywnienia.

-- Dwie sekundy osiem, a zaczyna działać, cztery sekundy pięć, a towar należy do państwa -- sentencjonalnie wygłasza Jose.

-- Chwileczkę, nie pchać się, starczy dla wszystkich, najpierw ta pani tutaj, bo coś mi się widzi, że jej się pieczonka przypala w piecyku. Sześćdziesiąt pięć pesiaków i od dziś idzie pani z mężulkiem do łózia i robi sobie figle migle bez strachu, że jakieś robactwo będzie pani w tem trakcie na plecach siadać... oj, przepraszam, nie widziałem, że są dzieciaczki, lepiej zmieńmy temat. Dla pana puszeczkę, proszę uprzejmie, dla panienki... ale ci się, laluniu, bluzeczka opina na... no, proszę tylko spojrzeć, ale kolorki, przecież nic złego nie miałem na myśli.

-- Uwaga, bo mnie krzywdę państwo zrobicie, do ogonka i po jednemu, jak się należy. Dla wszystkich starczy.

Kupujący rozchodzą się w różne strony, Jose chwilę odczekuje, po czym podnosi słoik i potrząsa nim.

-- Hajda, Toto -- powiada. -- Nie widzisz, że już poszli? Wstawaj, bracie, i zbieraj się do kupy, bo wyglądasz jak zdychająca krowa. No, wstawaj, mówię ci, bo idą następne. Dobra, tera mi się podobasz, obleć do góry aż do przykrywki naokoło ze trzy razy, jak Pan Bóg przykazał, no prędzej, pośpiesz się, bo są tuż, tuż.

-- No, fajnie, Toto -- przychwala Jose odstawiając słoik na miejsce -- jeżeli będziesz się dalej tak prowadził, wieczorem usadzę cię na dwie minuty na dupie gospodyni. Prima sort, Toto, możesz mi wierzyć na słowo.

-- E, co mi będziesz mówił, bracie, przecież nie od parady jesteśmy wspólnikami.

Z tego co kiedyś udało mi się dowiedzieć, szybko i skutecznie dezaktywują układ oddechowy owadów. Owady wszystkie oddychają w ten sam sposób.

Jarek

Im więcej jest sporów na linii urząd-obywatel, tym gorzej będzie administracja postrzegana. A tych sporów trochę przybywa:

-dokładniejsze pomiary, i się okazuje, że obywatel ma płot za daleko ... zdaniem urzędu.

-wywłaszczenia, których przybywa, i wyceny,

-no masa innych, np ważenie i zgłaszanie trasportów odzieży.

Ale o co chodzi? Obywatele są niezadowoleni z władzy, to wybierają sobie inną. A jak są zadowoleni, to wybierają sobie tą samą.

Nie wiemy, jaka tam była procedura, i jaka wycena. Choc co do wyceny, to jestem pewny, że komus może się wydawać za mała.

Może jest jeszcze młodym rolnikiem, i hektary są mu potrzebne, a może władza gminna odmówiła mu odrolnienia, a może juz chce zabrać więcej, oczywiscie po cenie nieużytku ... i sama sprzedać na działki.

J.

Pan J.F napisał:

Często nie mogę oprzeć się wrażeniu, że świadomie wybieraja taką władzę, na którą będą mogli jak najwięcej narzekać. W pewnym sensie to nawet racjonalne, bo jak sobie człowiek ponarzeka, to mu zadowolenie rośnie.

Jeśli o mnie chodzi, to może raz czy dwa głosowałem "za kimś". Zazwyczaj to było "przeciw komuś". No nie chcem, ale muszem :-(

No ale akurat spora część głosowała za PiS i była zadowolona z rządów.

J.

Pan J.F napisał:

Przecież to kompletnie co innego! W ogóle czym innym jest wybór między "głosowaniem przeciw" (temu, żeby nakazano chodzenie z gwoździem w bucie) a "głosowaniem za" (lodami waniliowymi na deser), a czym innym złośliwe blokowanie pozostałym tego, co dla nich ważne.

Może też być tak, że ludzie z listy A najlepiej by zadbali o takich jak ja, ale zagłosuję na ziomali z B. Bo oni też nie są mi wrodzy, a przy tym odpowiadają wielu innym rodakom. Strategia rozsądna, a przy tym mi bliska.

Trudno nie być zadowolonym, gdy rząd ciągle mówi głośno to, co myśli elektorat -- że wszystko to wina Tuska.

A czy te pomiary oddają stan faktyczny? Bo jesli tak to co zrobić? Nie mierzyć i bomba wybuchnie w jeszcze mniej odpowiednim momencie, czy darować ziemię i ponosić koszty całego procesu, czy jeszcze jak?

EU działa czesto dość bezkompromisowo w kwestii implementacji w sumie pewnych ideii. Pewnie w którymś momencie należałoby znaleźć tzw. złoty środek.

Nie o wybór taki czy innych chodzi, a metodę oszacowania pewnych cech społeczeństwa czy populacji. Zresztą demokracja ma też kupę wad, ale jak się to mówi, niczego lepszego jeszcze nie wymyślono.

Jakoś prościej to szło z mniejsza ilością tych "może". Jest kupa dyskusji po necie z większa ilością szczegółów. Zresztą, co by sie tam nie działo, od tego są sądy, aby takie sprawy rozstrzyga, a nie samemu niszczyć. Co jest już bardziej dyskusyjne, że to ponoc nie pierwszy jego wybryk w tym kierunku (miał niszczyć wczesniej krawęzniki), i zdaje się odbyło sie jak zwykle - nikt się we własciwym czasie nie zainteresował.

Ani błędne ani wadliwe. Stan umysłu nie zmienia się w zalezności od okoliczności. Okoliczności jedynie modyfikują jak ten stan umysłu się manifestuje.

Nie do końca można winić, że czegoś nie ogarnął. Winić można, że postanowił zniszczyć, tu w dodatku dobro wspólne.

Ogórdek osłoniety innymi budynkami, w odległości kilku metrów dwukondygnacyjny budynek. Sub-zero tam pewnie było, ale jakis srogi mróz chyba nie często.

Tania jest, ale też zwykle projektujemy superhydrofobowe powłoki dla warunków, w których nasturcja nie poradzi. AI twierdzi, że kat zwilżania nasturcjowego liścia to 145°- 164°. Standardowe powłoki hydrofobowe oparte wyłącznie o chemię (odpowiednie grupy na powierzchni), bez struktur powierzchniwych osiagają jakieś 130°. Do tego mozna dodać środków matujących powierzchnię, lub wręć specjalnych dodatków strukturalnych i mamy nastrucje. Będzie drożej, ale nie szokująco drożej, za to będzie duuuuuuuuuużo trwalej. A jeśli to ja tę nasturcję miałbym wyprodukowac, no to tu technologia specjalistyczna jednak będzie duzo tańsza.

Postanowiłem pogóglać:

formatting link
"The windshield phenomenon (or windscreen phenomenon) is the observation that fewer dead insects accumulate on the windshields and front bumpers of vehicles since the early 2000s. It has been attributed to a global decrease of insect populations caused by human activity, e.g. use of pesticides."

Czyli dobrze wykombinowalismy.

To tez nie dobrze.

Join the Discussion

Have something to add? Share your thoughts — no account required.

Didn't find your answer?

Ask the community — no account required