Wpadł mi w ręce stary, PRL-owski, elektromechaniczny licznik prądu, a wraz z nim pewien pomysł. Pomysł jest czysto teoretyczny -- bo ani nie mam nigdzie takiego licznika (poza biurkiem do zobaczenia, jak działa), ani nie zamierzam kraść prądu. Wątpię zresztą, żeby gdziekolwiek jeszcze się takie uchowały.
Takie liczniki mają pewien niewielki moment, który obraca wirnik licznika wstecz do momentu, aż ten zatrzyma się na ograniczniku. Z tego co wiem ma to na celu zapewnienie, że wirnik w spoczynku nie będzie pełzał do przodu i naliczał niezużytej energii.
Załóżmy teraz, że mamy taki licznik, a za nim jeden tylko odbiornik. Robimy urządzenie, które najpierw pobiera określoną ilość energii (tak, żeby wirnik obrócił się o niepełny obrót), a potem na określony czas odłącza się od sieci (tak, żeby wirnik mógł wrócić). Mogłaby to być np. ładowarka do akumulatora, zasilana z tego akumulatora. Odłączona nie pobierałaby z sieci żadnego prądu.
Ciekawi mnie, czy i jaką średnią moc dałoby się w ten sposób pobrać (tzn. pobierać z akumulatora, żeby bilans był dodatni).
Ciekawi mnie też, czy to jest legalne. Z jednej strony nie ingerujemy w licznik, nie działamy na niego polem magnetycznym, nie rozplombowujemy go, w ogóle nie dotykamy licznika, ale z drugiej celowo i z premedytacją wykorzystujemy jego niedoskonałość do oszukania ZE.
A może się nie da, bo licznik jest tak skonstruowany, że trybik rejestru przekręca się zaraz po przejściu wirnika przez pozycję spoczynkową? Czyli jak tylko zaczęlibyśmy pobierać energię, trybik by się obrócił i rejestr naliczyłby energię?
Pytanie jak wspominam teoretyczne, dziś i tak nigdzie już takich liczników nie ma.