Umieszczę w osobnym wątku, dla ułatwienia sobie... Skromna uwaga Romana Rogóża na temat naszego grupowego kolegi przypomniała mi pewną historię, którą tutaj w kliku odcinkach streszczę, a która jak sądzę może rzucić światło na zastanawiającą nieraz aktywność wspomnianego na wstępie osobnika... A może nie "osobnika"...
EWOLUCJA
Profesor Zazul zszedł po śliskich, kamiennych i lekko zakręconych schodkach. Na samym dole, w świetle zakurzonej żarówki nad masywnymi, drewnianymi drzwiami, wyjął z kieszeni klucz i otworzył zamek. Wszedł do ciemnego pomieszczenia, namacał na ścianie hebel zasilania i przełączył go.
Z cichym trzaskiem włączył się zasilacz, uruchamiając obwody oświetlenia. Klapiąc przełącznikami zapalały się po kolei wiszące spod tonącego wysoko w mroku sklepienia żarówki, których słabe żółtopomarańczowe światło nieznacznie tylko rozjaśniało wnętrze.
Warsztat Zazula przypominał raczej jakąś starą graciarnię, albo może magazyn niż laboratorium. Na drewnianych stołach w kompletnym wydawałoby się chaosie, walały się rozmaite elektryczne cewki, lampy i inne elektryczne podzespoły, wśród przewodów oraz archaicznych przyrządów pomiarowych. Pod ścianami stały regały z półkami zapełnionymi jakimiś słojami, pudłami i skrzyneczkami. W powietrzu zaś unosił się lekko drażniący zapach jakiejś chemicznej mieszaniny, pomieszany z kurzem i stęchlizną. Gdzieś za ścianą słychać było ciche buczenie potężnego transformatora, wypełniającego ledwo wyczuwalną wibracją całą przestrzeń.
Zazul zamknął za sobą drzwi i podszedł do stojącej w najciemniejszym kącie, wysokiej po sufit skrzyni i szerokiej na kilka kroków, do której z każdej strony dochodziły grube, czarne kable.
- no no, jak się masz, przyjacielu... - wyszeptał Zazul, jednocześnie grzebiąc w kieszeni swoje pobrudzonego i poplamionego fartucha.
- zaraz... ja tutaj ci wszystko...
Zazul znalazł w końcu to czego szukał - przypominający gruby długopis szklany cylinder. Wsunął go w okrągły otwór z boku skrzyni. W skrzyni coś syknęło, rurka włożona do otworu rozjarzyła się powoli jak stalowy pręt w piecu indukcyjnym, potem trzasnęły elektromagnetyczne zamki.
Przód skrzyni jak gdyby rozpękł się - ukazując rozsuwające się na boki wrota. Zazul pociągnął za uchwyt i odsunął je. Buchnęło gorące powietrze.
W pierwszej chwili można było odnieść wrażenie, że to piec przeznaczony do wypalania ceramiki albo szkła - wypełnione lekko drżącymi ognikami.
W rzeczywistości były to tysiące lamp elektronowych - które zajmowały całe wnętrze, pozostawiając jedynie wąską alejkę nie szerszą niż na szczupłego człowieka, ciągnącą się w głąb.
Zazul zrobił krok do środka, ale zawahał się jakby sobie o czymś przypomniał i poklepał się po lewej , lekko wypchanej kieszeni fartucha sprawdzając czy czegoś nie zapomniał.
- dobrze... żeby tylko nie dzisiaj... - wymamrotał pod nosem Zazul uspokojony jakby nieco. Wszedł do środka i wyjął znajdujący się w przelotowym otworze szklany walec.
Drzwi za nim zasunęły się i szczęknęły zamykając. Zazul schował go i powoli zaczął iść pomiędzy nie kończącymi się stelażami z elektronowymi lampami.
.........................................................................
Zazul szedł wąską alejką kilkadziesiąt metrów. Nad nim i po obu jego stronach pulsowały delikatnie światełka nieskończonej ilości elektronowych lamp. Czym dalej w głąb, tym bardziej gorąco, tym trudniej było Zazulowi oddychać. Wszystko delikatnie drżało niskim buczeniem pomieszanym z pobrzękiwaniem drucików w szklanych bańkach.
Zazul zatrzymał się, wyciągnął brudną chusteczkę i wytarł spocone czoło.
Stojąc tak przez chwilę, odniósł wrażenie że znajduje się wewnątrz wulkanu, pełnego żarzącej się lawy, zastygłej na chwilę dziwnym kaprysem, która za chwilę ożyje i zatopi go płynnym żarem.
Zazul ruszył dalej i po chwili dotarł celu - korytarz wśród morza lamp skończył się gwałtownie i Zazul wyszedł na otwartą przestrzeń.
Stał na metalowym podeście, okrążającym kuliste pomieszczenie o średnicy może 30 metrów. Ściany tej komory od dołu do góry wypełnione były tysiącami a może raczej dziesiątkami i setkami tysięcy lamp. Mimo braku jakiegokolwiek innego oświetlenia, wnętrze było dość widne, dzięki płynącemu z każdej strony światłu rozżarzonych włókien.
W centrum tej komory stało olbrzymie, czarne jak smoła drzewo, z ginącymi w podłodze grubymi korzeniami i rozłożystą koroną, wspierającą jakby górną połowę kulistej pieczary.
Zazul ruszył po metalowym podeście biegnącym lekką pochyłością dół, ku centrum komory. Wyglądało to trochę tak jak gdyby schodził po trybunach stadionu - ale zamiast widzów za barierką schodów było morze szklanych, rozjarzonych baniek.
Nad nim, na lampowym niebie przesłoniętym czarnymi gałęziami przepływały jaśniejsze i ciemniejsze plamy, wskazując nierównomierną pracę elektrycznych obwodów.
W końcu doszedł do okrągłej platformy, z centrum której wyrastał potężny, lśniący czernią pień, o średnicy dobrych kilku metrów. Z bliska widać było już, że tworzą go splątane, grube jak ramię mężczyzny czarne kable, pnące się w górę i rozchodzące się na wszystkie strony grubymi konarami i dalej biegnące do całej szklanej kopuły i wnikające w nią.
Z jednej z niższych kablowych gałęzi zwisał przewód z przymocowanym do niego koszem głośnika.
Zazul ostrożnym krokiem, jakby nie chcąc być zauważonym, podszedł i stanął obok czarnego pnia delikatnie kładąc na na nim dłoń.
.........................................................................