Najlepsze windy jakie znałem w dzieciństwie to były w wieżowcu mieszkalnym przy ul. Wiejskiej, naprzeciw Sejmu, chyba Nauczycielskiej Spółdzielni Mieszkaniowej (inteligencja tam mieszkała, mieszkanka malutkie), do tego była wieelka tablica domofonowa każdy miał swój guzik. Później się chodziło do Hotelu Forum przejechać windą ;-) Nomenklatura mieszkała na rogu ul. Prusa (nad Modą Polską i czymś tam jeszcze), tam nawet garaż podziemny był.
Zegar miałem w radiu Ingersoll (młoty pneumatyczne takie były, widocznie azjatycka tradycja produkować pod jedna marką jedno i drugie ;)) co z Lądyna przywiozłem w 1981. A w rodzinie mieli radziecki, znacznie lepszy ;-) Radio przeżyło dwie operacje plastyczne: najpierw przestrajanie z zachodnich na OIRT, a później znów z OIRT na zachodnie, nie muszę mówić że stan końcowy był znacznie gorszy od pierwotnego, natomiast budzenie dźwiękiem audycji radiowej zamiast dzwonka budzika bezcenne ;-)
To nie cuda, lecz termopara. Taką kuchenkę gazową o pospolitej nazwie Jola mieliśmy już w latach 80-tych. Oczywiście jak to w polskim wyrobie (Wronki, późniejsza Amica) psuło się wszystko co tylko mogło, w pierwszej kolejności zapalarki i inna elektryka. Ale z uwagi na tę kuchenkę to kurczaków z rożna zjadłem chyba całą ciężarówkę, naprawdę dobrze wychodziły, nawet sąsiadom robiłem "na zamówienie" gdy jakaś rodzina do nich przyjeżdżała.
-----