Nie wiem gdzie, ale połączył.
Zacząłem od wyłączenia wszystkiego z gniazdek, pogaszenia świateł, zostawienia włączonego jednego bezpiecznika (licznik cały czas bił ok.
300 W, jak ten bezpiecznik był włączony) i przejścia się po ścianach z czujnikiem pola magnetycznego. Namierzyłem ścianę łazienki.Po wejściu i wykręceniu gniazdka w łazience (jedynego) oczom moim ukazały się dwa przewody dwużyłowe, oba takie typowe, "energetyczne", w podwójnej izolacji, 1.5 mm2.
Żyły tych przewodów (brązowa z brązową, niebieska z niebieską) łączyły się w tym gniazdku (tzn. obie brązowe szły do jednego styku gniazdka, obie niebieskie do drugiego). Niepodłączony do niczego bolec pomijam, choć za to też ktoś powinien dostać po łapach.
W jednym z tych przewodów faktycznie "był prąd" (faza na brązowym, zero na niebieskim), w drugim nie było (tzn. był, bo był zasilany z tego pierwszego przewodu). Odłączyłem go, upewniłem się że nic nie przestało działać, ale nie -- prąd jak był w innych gniazdkach tak był dalej, wszystkie lampy jak działały wcześniej, tak działały i później. Nawet dzwonek sprawdziłem -- dzwonił jak zły.
Jak zacząłem badać, gdzie ten drugi przewód jest podłączony (generatorem, czujnikiem pola magnetycznego, cęgami), to wyprowadził mnie poza mieszkanie. Poza mieszkaniem znalazłem go na klatce w skrzynce teletechnicznej (była otwarta) w postaci jednego z wielu idących luzem cienkich drucików (wyglądających na telefoniczne / domofonowe). Szły one w dół (mieszkałem na pierwszym piętrze).
Po zejściu piętro niżej (na parter) zobaczyłem drugą skrzynkę, ale już zamkniętą, i wiszącą obok niej puszkę z logo TP. Z puszki wychodziło kilka przewodów podobnych do skrętki komputerowej i ginęło w peszlu w ścianie. Jednym z tych przewodów szedł prąd z mojego mieszkania (znów, sprawdzone cęgami, generatorem, czujnikiem pola).
Podpiąłem w międzyczasie do tego przewodu niskie napięcie z trafo. Jakieś
24 V albo coś takiego. Najpierw do obu przewodów (brązowy i niebieski), potem do każdego z nich i neutralnego (bo to jedyny uziom, jaki tam miałem-- to stara instalacja TN-C). Z pomiaru prądu wyszło mi, że ten prąd nie uciekał z mojego mieszkania, wracając drugim przewodem, tylko uciekał z mojej fazy jednym przewodem, a zamykał się do neutralnego / ziemi inną drogą. Drugi (niebieski) miał podobną rezystancję, ale przez to, że był podłączony do neutralnego, nie brał udziału w procederze. Oczywiście gdyby była różnicówka, to by to od razu wyszło. Ale różnicówki nie było.
Tyle fakty. Teraz podejrzenia. Gdzieś te druciki telefoniczne musiały być połączone do tego przewodu "energetycznego". Podejrzewam, że to było zamurowane gdzieś w okolicy pawlacza, bo tam mi pokazywał czujnik pola, a żadnej puszki tam nie widziałem. Podejrzewam, że tytan intelektu zobaczył jakieś przewody wychodzące ze ściany w miejscu, w którym kiedyś było gniazdko telefoniczne, i niewiele myśląc poprowadził je tam, gdzie było mu najbliżej, czyli do łazienki, i tam połączył z instalacją elektryczną. I tak sobie to wisiało przez lata, grożąc porażeniem lub pożarem, ale generalnie nic się nie działo, bo pewnie te przewody telefoniczne dawno już były odłączone na centrali (bo i centrali pewnie już dawno nie było). Aż coś sprawiło, że zostały doziemione. Może oba celowo, może izolacja gdzieś puściła (choć oba pewnie by się nie doziemiły same w tym samym punkcie -- ich rezystancja do przewodu neutralnego była w zasadzie taka sama). Przewody cienkie, to i rezystancja spora, więc nic się nie dymiło, tylko po prostu się grzało (bo gdzieś te 300 W musiało się wytracić), pewnie na dużym dystansie.
Chciałem podpiąć tam jakąś wyższą częstotliwość i przejść się z radyjkiem po okolicy, ale spędziłem nad tym tyle czasu, że już mi się nie chciało. Może i szkoda :)