Dnia 2005-01-13 13:24, Użytkownik Wmak napisał:
>>Spróbuję przystępnie opisać (niech się puryści nie czepiają).
>>Rdzeń transformatora po uprzednim wyłączeniu pozostaje namagnesowany.
>>Kolejne włączenie (najgorzej, gdy nastąpi w zerze sinusoidy), gdy pola
>>zsumują się, magnesuje rdzeń do nasycenia a wtedy impedancja jest bardzo
>>mała - duży impuls prądu.
Sorry - blacha transformatorowa ma z zalozenia mala histereze - namagnesowanie trwale jest minimalne. Nie tedy droga.
Maksymalną wartość udaru prądu transformatora szacuje się zakładając
>strumień w rdzeniu na poziomie 2Wb(w stanie normalnej pracy jest około
>1Wb). Udało nam się na laborce trafić tak w fazę napięcia w momencie
>włączenia, że zmierzony udar był bardzo zbliżony do wartości maksymalnej
>wyliczonej(zakładając, że pomiar LEM-em nie był obarczony błędem
>większym niż 10%). Czyli wypadkowy strumień musiał się zbliżyć do 2Wb a
>to by oznaczało, że rdzeń był namagnesowany na poziomie 1Wb - chyba
>troszkę za dużo.
W kwestii formalnej - trafo projektuje sie tak ze pole w rdzeniu siega wartosci nasycenia - 1 do 1.5T w zaleznosci od materialu. W praktyce znaczy to ze w czasie jednego polokresu pole zmienia sie od powiedzmy -1.1T do +1.1T.
Jesli pechowo wlaczymy trafo w przejsciu przez zero, to po cwierc okresu osiagnie te 1.1T .. a napiecie przylozone ciagle jest wysokie. strumien rosnie dalej, osiaga wartosc nasycenia .. i juz wiecej nie rosnie. Napiecia samoindukcji nie ma. A w sieci ciagle powiedzmy 100V panuje. Podzielone przez rezystancje trafa daje kilkadziesiat A..
J.